"Amsterdam" to film studia 20th Century Fox, dystrybucji Disneya, a reżyserii Davida O. Russela, wielokrotnie nominowanego do Oscara, znanego m.in. z produkcji "Fighter", "Złoto pustyni" czy "American Hustle". Film miał swoją kinową premierę w październiku tego roku i nie zabrakło w nim gwiazdorskiej obsady. Na ekranie zobaczyć możemy m.in. Christiana Bale'a, Margott Robbie, Johna Davida Washingtona, Anyę Taylor-Joy, Ramiego Maleka, Roberta de Niro, czy nawet słynną popową wokalistkę- Taylor Swift. Nie budzi więc wątpliwości, że produkcja jest na wysokim poziomie… a przynajmniej takie sprawia wrażenie.
Akcja dzieje się w latach 30 XX wieku na ulicach New Jersey. Film nawiązuje do jednej z największych amerykańskich teorii spiskowych. Z przymrużeniem oka ukazuje spisek- próbę obalenia prezydenta Roosevelta przez propagatorów myśli faszystowskiej. Russel po raz kolejny sięga więc po kryminalną intrygę. I właśnie tego oczekujemy po pierwszych 30 minutach seansu: wartkiej i frapującej historii kryminalnej i nie spodziewamy się, że coś może pójść nie tak.
Dwaj bliscy przyjaciele i weterani wojenni trafiają na trop domniemanego morderstwa wysoko odznaczonego pułkownika. Śmierć wojskowego okazuje się jednak dopiero początkiem zawiłej sprawy, która prowadzi bohaterów - a zarazem widza - przez masę wątków, które rozrastają się i oplatają niczym bluszcz. Kolejne postacie i dygresje przysłaniają główną historię i wpychają ją w kąt, a do fabuły momentalnie wkrada się chaos.
Jednak właśnie zabawa chronologią, którą stosuje reżyser ukazując nam kolejne retrospekcje, okazała się niesztampowym zabiegiem. Dzięki nim przenosimy się m.in. do tytułowego miasta, w którym do trójka przyjaciół- dwóch weteranów oraz była pielęgniarka wojskowego szpitala- odnajduje upragniony azyl i zawiązuje pakt przyjaźni. I ostatecznie to właśnie o tym w głównej mierze traktuje "Amsterdam": o przyjaźni.
Niestety, "z pustego to i Salomon nie naleje" a nawet i najwybitniejsza obsada nie uratuje kiepskiej fabuły. Wszystkie pozostałe aspekty- dopracowane niemalże do perfekcji kostiumy i scenografia czy genialne zdjęcia i wizualne zabiegi- kazały widzowi oczekiwać czegoś wybitnego, czegoś, co "wciśnie go w fotel". Trudno więc dziwić się rozczarowaniu, gdy tak ogromne oczekiwania te nie zostały spełnione. Nawet zwrot akcji- w którym próżno szukać zaskoczenia czy nagłości - był banalny do przewidzenia. To tak, jakby reżyser podsuwał nam pod nos talerz, a potem dziwił się, że wiemy, co się na nim znajduje. Zakończenie okazało się bezdyskusyjnym fiaskiem, a sam Russel zgubił się w swej wielowątkowości i przerostem formy nad treścią.